Syzyfowe prace - streszczenie szczegółowe - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Marcin Borowicz należał do grupy uczniów, którzy zostali w klasie. Utrzymał się również po drugim etapie egzaminów, który pozytywnie zdało zaledwie trzydziestu kilku chłopców. W grupie szczęśliwców w dużej mierze znaleźli się ci, którym Majewski udzielał prywatnych korepetycji.

Radość i duma pani Borowiczowej były ogromne, choć przeżywała wiele chwil strachu, widząc jedynaka wywoływanego na środek klasy do odpowiedzi. Emocjonalnie czuła rozpacz tych, których synowie zostali odrzuceni. Kiedy Majewski uśmiechał się do Marcinka, jej serce wzbierało uwielbieniem dla nauczyciela, lecz gdy wyszedł on na korytarz i z cynicznym uśmiechem spoglądał na odrzuconych uczniów, poczuła nienawiść i wzburzenie.

Wkrótce po nim z klasy wyszedł inspektor, nie zwracając uwagi na nikogo, dopóki nie zatrzymał go chudy mężczyzna, pytając o wynik egzaminu młodszego syna. Inspektor odpowiedział mu głośno i po rosyjsku, wyjaśniając, że dzieci są źle przygotowane i nie mówią po rosyjsku, więc nie mogą być przyjęte do szkoły, w której nauka odbywa się wyłącznie w tym języku. Zalecił, aby w domach mówiono po rosyjsku, zarzucając mężczyźnie, że śmiał odezwać się do niego po polsku w murach rosyjskiej szkoły. Zapytał Polaka o nazwisko, lecz ten wycofał się i skrył za kobietami.

Tego samego dnia odbył się egzamin z religii, z którego miał odpytywać ksiądz prefekt Wargulski. Natychmiast po wejściu do klasy zbliżył się do pierwszego ucznia, zapytał go o nazwisko i kazał odmówić „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”. Te same polecenia wydał pozostałym chłopcom i po kwadransie wszyscy wyszli z klasy z oceną bardzo dobrą.

Następnego dnia odbył się egzamin z arytmetyki, który stanowił już tylko formalność. Uczniowie pana Majewskiego również i z tego przedmiotu wykazali się wystarczającą wiedzą i w południe inspektor odczytał listę przyjętych do klasy wstępnej. Pani Borowiczowa, usłyszawszy imię jedynaka, odetchnęła z ulgą. Po obiedzie pojechali do pani Przepiórkowskiej, zwanej „starą Przepiórzycą”, dawnej znajomej pani Heleny, która wynajmowała uczniom pokoje na stancje.

Przepiórkowska mieszkała w Wygwizdowie w domostwie zwanym Cegielszczyzną, na przedmieściach Klerykowa. Na widok pani Heleny staruszka podniosła się żwawo z fotela i z radością powitała dawną sąsiadkę. Borowiczowa z dumą przedstawiła jej syna, chwaląc się, że chłopiec został przyjęty do gimnazjum. Przepiórkowska zapewniła kobietę, że Marcinkowi będzie u niej dobrze, a do pokoju weszły jej dwie córki, aby przywitać się z gościem. Po chwili pojawił się pan Karol, syn Przepiórkowskiej, zadowolony, że dawna sąsiadka przyprowadziła do nich syna na stancję, co zwalniało go od zachwalania stancji do innych rodziców. Staruszka z rozrzewnieniem wspomniała najstarszego syna, Teofila i oznajmiła, że chłopcem zajmie się korepetytor. Za pokój chciała sto pięćdziesiąt rubli miesięcznie, furę drzewa na miesiąc w zimie, parę skrzyń ziemniaków jesienią i mąkę. Zaprowadziła Borowiczową do pokoju, w którym stał jedynie długi stół sosnowy, dokoła niego krzesła i ławy, a w kącie żelazne łóżko. Marcinka na widok tego miejsca ogarnął żal. Pani Helena próbowała jeszcze wynegocjować lepszą cenę, lecz „stara Przepiórzyca” odparła, że nie może obniżyć ceny stancji. Borowiczowa zgodziła się i postanowiła kupić synowi łóżko, dodając, że chłopiec wprowadzi się na stancję następnego dnia.

Tymczasem w domu staruszki zjawili się dwaj znajomi Somonowicz i Grzebicki, których Przepiórkowska przedstawiła dawnej sąsiadce. Radca Somonowicz dojrzał Marcinka, stojącego za krzesłem matki i usłyszawszy, że chłopiec został przyjęty do gimnazjum, odparł, że uczenie dzieci jest zupełnie zbyteczne. Opinia ta zaskoczyła panią Borowiczową. Starzec powiedział, że w tych czasach każdy z rodziców pragnie oddać dzieci do szkół, a nie każde dziecko nadaje się na mędrca. Grzebicki był zdania, że znajomy przesadza i przez chwilę zaczęli spierać się, który z nich ma rację.

Somonowicz powiedział, że on uczył się w czasach, kiedy nikt nie zabraniał patrzeć na polskie litery, a teraz nastały czasy, kiedy uczniowie uczą się polskiej gramatyki z rosyjskich podręczników. Dawny kronikarz Mateusz herbu Cholewa pisał o Klerykowie, że jest to gród polski, a dziś miasto należało do Rosjan. Doprowadziła do tego mania demokratyczna, ambicja hołoty i pożądanie fraka. Radca, mówiąc to, chwycił Marcinka za ucho i wykrzyknął, że chcąc wytępić wroga, należy zacząć od podstaw, od dzieci właśnie. „Stara Przepiórzyca” wstawiła się za chłopcem, uspokajając emeryta. Grzebicki wspomniał rok 1829 i wjazd Najjaśniejszego Pana do Warszawy na koronację. Zerwał się i zaczął głośno wygwizdywać marsz powitalny. Somonowicz zawtórował mu i po chwili mały Borowicz zauważył, że z oczu radcy Grzebickiego spływają łzy. Somonowicz przypomniał sobie słowa księcia Lubeckiego, który ukrył w swoim domu Mochnackiego, choć ten wcześniej szedł na czele żołnierzy, aby go rozstrzelać. Książę poprosił go wówczas, by z całych sił zwalczał Rosjan. Panna Konstancja wymieniła nazwisko Murawiewa, lecz Somonowicz odparł, by zostawiła tę sprawę, ponieważ Murawiew został już oceniony przez Boga. Nie chciał mówić ani słyszeć o dawnych sprawach.

Pani Borowiczowa przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn o polityce, lecz jej myśli wybiegały w przyszłość syna. Nie wiedziała, kim byli Mochnacki i Murawiew, ale jej serce zamierało z przerażenia, jakby przebite zabójczym żelazem.

V

Za murem, oddzielającym podwórze domu „starej Przepiórzycy”, stała szopa a tuż przy niej leżało kilka na wpół zgniłych belek. Na tych właśnie balach po rozpoczęciu roku szkolnego Marcinek Borowicz przesiadywał wieczory, ucząc się zadanych lekcji. To miejsce, z widokiem na wierzby i zarośla przypominały mu dom, matkę i Gawronki. Chłopiec uczył się pilnie, zapamiętując całe rozdziały z historii świętej, powtarzając je głośno aż do skutku. Arytmetykę i rosyjski odrabiał w obecności korepetytora, z którym musiał rozmawiać po rosyjsku, z trudem zmuszając się do zrozumienia czegokolwiek. Z językiem polskim nie miał kłopotów, ponieważ z tego przedmiotu nie zadawano do domu niczego.

Korepetytorem w domu pani Przepiórkowskiej był pan Wiktor Alfons Pigwański, uczeń klasy siódmej, jedyny poeta w mieście, nazywany „Pytią” z powodu wypalania niezliczonej ilości papierosów. Pigwański uczył się dobrze, choć najczęściej zaniedbywał się w nauce, składając to na karb poetyckiego roztargnienia. Wiersze pisał w każdej chwili, wzorując się na Puszkinie i Lermontowie, opiewając w nich swoją przedwczesną śmierć lub nieodwzajemnione uczucia. Przesycone żałością dzieła klerykowskiego poety stanowiły źródło kpin panien Przepiórkowskich, które pod nieobecność Pigwańskiego na głos odczytywały jego dzieła i zanosiły się od śmiechu, zastanawiając się, jaka panna stała się adresatem kolejnych liryków.

Na stancji, oprócz małego Borowicza, mieszkali także trzej bracia Daleszowscy oraz Szwarc. Najstarszy Daleszowski, uczeń klasy czwartej, szczycący się posiadaniem srebrnego zegarka, okazywał Marcinkowi ogromną pogardę. Młodsi Daleszowscy, uczęszczający do klasy drugiej, drwili z pierwszoklasisty, wysyłając go do apteki po rozum. Obaj byli namiętnymi graczami w obrazki, które zbierali w pudłach i z których niemiłosiernie ogrywali Marcinka, który nawet nie potrafił zauważyć, kiedy zostawał przez nich oszukany. Nieco inna relacja istniała między Borowiczem a Szwarcem, nazywanym przez wszystkich „Bułą”, który powtarzał klasę pierwszą i któremu wszyscy udowadniali, że jest osłem. Szwarc przy każdej okazji starał się udowodnić pierwszoklasiście, że uczniowie klasy wstępnej nie są jeszcze gimnazjalistami i że każdy uczeń starszej klasy ma prawo dać im w zęby, kiedy mu się tylko spodoba. Marcinek reagował najczęściej bójką na takie zarzuty, lecz pomimo tego między nim a Szwarcem zawiązała się swoista koalicja przeciw braciom Daleszowskim.

Marcinek na stancji czuł się bardzo samotny, a jego lęki i troski, związane z nauką arytmetyki, nikogo nie interesowały. Próby zwierzania się Szwarcowi z kłopotów związanych z matematyką kończyły się pogardliwymi uwagami, że rachunki to nic w porównaniu z trzecią deklinacją z łaciny, czy też geografią. To z kolei napawało małego Borowicza kolejnymi obawami i nieraz budził się w nocy, kiedy we śnie dostrzegał siebie przy tablicy i odpytującego go nauczyciela.

„Stara Przepiórzyca” okazywała chłopcu troskliwość i szczerą sympatię, która niestety ograniczała się do rad i w sekretnych darach kilku owoców czy też powideł. Przez jakiś czas dobrze traktował go pan Majewski, lecz z czasem podczas częstych wizyt na stancji, wynikających z obowiązku nauczyciela, przekonał się, że chłopiec nie jest synem zamożnych szlachciców i sympatia mężczyzny znacząco zmalała.

Sala klasy wstępnej mieściła się na parterze gmachu gimnazjalnego. Klasy wyższe od piątej do ósmej znajdowały się na piętrze. Młodsi uczniowie pogardliwie patrzyli na wyższe piętro, nazywane „cukiernią” i wiedli weselsze życie. Każda przerwa witana była przez nich radosnym wrzaskiem. Stary woźny z trudem powstrzymywał śmiech, obserwując błazeńskie zabawy uczniów. Dzwonek, wzywający na lekcje, zmieniał ów gwar w szmer przyciszonych rozmów, które zamierały natychmiast po wejściu nauczyciela. W czasie najdłuższej, półgodzinnej przerwy chłopcy wybiegali na dzieciniec i w mgnieniu oka rozpoczynała się wojna.

Była jesień, czas kasztanów. Podwórze szkolne otoczone było wysokimi murami, za którymi rosły drzewa kasztanowe, których owoce wspaniale nadawały się do podbijania oczu i nabijania guzów na głowie przeciwnika. Po jednej stronie stali uczniowie trzeciej klasy z jednym oddziałem klasy drugiej, określani mianem „Greków”, po przeciwnej – „Persowie” złożeni z pierwszoklasistów i wstępniaków, którzy bardzo szybko wycofywali się ze starcia. Wówczas rozgrywała się batalia, kasztany spadały niczym grad, a walczących do bitwy zagrzewali widzowie. Pan Majewski nie pokazywał się na dziedzińcu, gdyż nie mógł znieść wykrzykiwanych bezkarnie po polsku przezwisk.

Marcinek Borowicz należał do „Persów” i pewnego dnia otrzymał tak silne uderzenie w prawy bok, że nie mógł na nim leżeć przez dwa tygodnie.

Po jednej z takich rozgrywek wrócił do klasy zmęczony i usiadł w ławce obok Romcia Gumowicza, syna biednej akuszerki, który powtarzał już drugi rok klasę wstępną. Matka często zjawiała się w szkole, wypytując o oceny chłopca, a po każdej jej wizycie Romek otrzymywał tęgie lanie. Majewski często wzywał Gumowicza do odpowiedzi, szydził z niego, wypominając mu jego wady, niedołęstwo, biedę i niskie pochodzenie. Wszyscy w klasie naśmiewali się z chłopca, który był zawsze przygotowany, lecz odczytywał zadania tak jękliwym głosem, że zazwyczaj otrzymywał dwóję.

Tego dnia Majewski odpytywał Romka z arytmetyki. Uczeń, drżąc ze strachu, zapisał na tablicy zupełnie inne liczby niż podyktowane przez nauczyciela. Majewski ironicznie nazwał go „pachciarską kobyłą”, celowo wymawiając obelgę po polsku. Uczniowie zaczęli się śmiać, kpiąc z kolegi, który usiadł w ławce z pochyloną głową. Kiedy chłopcy uspokoili się nieco, Gumowicz spojrzał na Marcinka, który również śmiał się z niego i zapytał, jaką ocenę postawił mu nauczyciel. Borowicz z uwagą śledził ruch dłoni nauczyciela i szepnął z okrucieństwem „Pałę!”. Romuś skulił się i zapatrzył w kajet do arytmetyki. Marcinek przyglądał mu się i pokazywał go sąsiadom. Nagle dostrzegł, że z oczu Gumowicza spłynęły łzy. Mały Borowicz przestał się śmiać i wpatrując się z błyszczące na rzęsach kolegi łzy, po raz pierwszy w życiu odczuł współczucie.

VI.

Bryczka, wioząca Marcinka i panią Borowiczową skręciła do Gawronek. Pani Helena, która pojawiła się w Klerykowie w przeddzień uroczystości Zielonych Świątek, by załatwić jakiś pilny interes, wyprosiła u pana Majewskiego dwa dni świątecznego urlopu i wiozła do domu ukochanego jedynaka, by sprawić mężowi i służbie niespodziankę.

Zapadła noc, kiedy dorożka wjechała na dróżkę między dwoma wielkimi wzgórzami. Marcinek, wsłuchujący się w szum wody, płynącej w pobliskim strumieniu, poczuł, że za sobą pozostawił ucznia klasy wstępnej i stał się dawnym Borowiczem, który na bosaka biegał po łące i łowił ryby. Z marzeń wyrwał go głos Jędrka, który powiedział, że ukradziono im gniadą kobyłę. Chłopiec ze zdziwieniem stwierdził, że przecież ulubiony koń ciągnie bryczkę, a pani Borowiczowa nakazała fornalowi opowiedzieć o wszystkim. Gniada była ulubienicą całego folwarku. Opowiadano różne historie o jej pochodzeniu, które rzekomo wywodziło się w prostej linii od araba. Klacz straciła piękne rysy w wyniku ciężkiej pracy, lecz zimą odzyskiwała cechy swej rasy. Gniada było zwierzęciem złośliwym i nawet furmanowi nie pozwalała zbliżać się do siebie. Źrebaki od niej wiele razy wyratowały Borowiczów z niejednych kłopotów.

Jędrek zaczął opowiadać, że cztery tygodnie wcześniej zasnął z Wincentym w stajni. Było duszno, więc zostawili otwarte drzwi. Nad ranem Wincenty obudził go, pytając, gdzie jest kobyła. Z przerażeniem stwierdzili, że ślady prowadzą do stawu i urywają się. W kościele ksiądz ogłosił wiadomość o kradzieży u Borowiczów. Państwo do wieczora szukali kobyły na łąkach, Jędrek pojechał pod Wybrankową, a Wincenty ze Stasińskim poszli do Dolnej, lecz nie znaleźli gniadej. Wieczorem wszyscy siedzieli pod drzwiami, kiedy Jędrek usłyszał rżenie klaczy i pobiegł nad staw. Zobaczył gniadą, która biegła z urwanym postronkiem na szyi do stajni. Pan Borowicz tak bardzo się ucieszył, że kazał nakarmić konia resztką owsa, a pani Helena dała kobyle trzy kromki chleba i cukier. Marcinek słuchał tej opowieści ze wzruszeniem, z miłością patrząc na konia.

Pani Borowiczowa spoglądała na rozgwieżdżone niebo, odczuwając znużenie. Chłopiec położył głowę na jej kolanach i ucałowawszy jej spracowane ręce, cieszył się, że matka przyjechała po niego. Kobieta pochyliła się z czułością nad jedynakiem i zapytała, czy zawsze będzie ją kochał. W odpowiedzi Marcinek rozpłakał się.

W oddali ujrzeli światła wioski, staw, a za nim gowronkowski dwór. Mały Borowicz wyskoczył z bryczki i z oczyma pełnymi łez spoglądał na okna domu. Przed wsią stała drewniana kapliczka, obok której rosły kwitnące bzy. Chłopiec wspiął się na płot i ułamał ogromny pęk gałęzi. Położył je matce na kolanach, a ona nie miała serca upomnieć go, że obrabował w ten sposób starą kapliczkę.

VII.

Po otrzymaniu promocji do klasy pierwszej Marcinek zaniedbał się w nauce, a z jego dawnej gorliwości niewiele pozostało. Jesienią jeszcze się starał, lecz już przed Bożym Narodzeniem uprawiał wykpiwankę, zarówno przed nauczycielami, jak i przed korepetytorem.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Syzyfowe prace - streszczenie
2  Pani Przepiórkowska "stara Przepiórzyca"
3  Bernard Sieger (Zygier) – charakterystyka



Komentarze: Syzyfowe prace - streszczenie szczegółowe

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 



2018-08-13 15:37:54

Czytałam tylko i wyłącznie to steszczenie, a kiedy zostałam odpytana z treści szczegółowo babka pochwaliła mnie, że przeczytałam lekturę więc czytajcie, bo naprawde warto ! I nie ma co zawracać sobie głowy książką ;p


2018-08-13 14:38:56

Extra streszczenie :) bardzo mi pomogla twoja praca ... dzieki niej poprawilem 2 lufy z tej lektory. nasza (kosa) byla zaskoczona moją odpowiedzią.trzeba byc kims zeby zrobic tak zaje***te streszczenie szczegolowe do tak dennej lektory. wielkie PoZDRo .. peace


2012-01-01 21:45:18

Dzieki za wstawieni .Syzyfowych prac normalnie nie da sie moim zdaniem przeczytac gdy tylko przeczytam rozdzial musze ZAczynac od poczatku. Nie trawie jej :/


2011-11-23 22:13:45

Świetne streszczenie. Pomogło bardzo. Choć się pwtórzę, to muszę przyznać, że to nie kwestia lenistwa. Książki Sapkowskiego, Pilipiuka i innych podobnych autorów mógłbym czytać codziennie, lecz lektury niestety są...


2011-06-07 22:36:49

Ja przeczytałam, bo zawaliłam kartkówkę - pani zadała pytania dotyczące nazwisk i przezwisk. A ja tylko tak ogólnie je kojarzyłam. Jak na tak cienką książkę to za dużo postaci, niezbyt zwięźle napisane, streszczenie mi to ułatwiło...




Streszczenia książek
Tagi: